Wszyscy mają Tindera. Mam i ja!

autor: Agnieszka Gałczyńska | 16.08.2016
wszyscy mają tindera, mam i ja

Rozumiem, że się przeprowadził i doskwiera mu samotność. Ale ile można?

Kiedy pierwszy raz poinformował nas łaskawie, że zamiast wyjść na miasto, idzie spotkać się z dziewczyną z Tindera zrobiliśmy wielkie oczy.„Co Ty seks masz zamiar uprawiać z dziunią z internetu” – zapytał znajomy. „No co Ty, stary. To NIE TYLKO do tego służy” – odpowiedział.

Wymieniliśmy między sobą znaczące spojrzenia, uśmiechając się pod nosem. Kiedy po dwóch miesiącach Maciek przyszedł z uroczą Darią na imprezę… z wrażenia opadły nam wszystkim szczęki.

Zachwycona randkowym sukcesem kolegi postanowiłam zaaplikować sobie możliwość poszukiwania męskich perełek przez najpopularniejszą apkę XXI wieku.

Łatwo, szybko, tanio?

Kontro zintegrowane z Facebookiem daje mi mocno w kość, bo zamiast przeglądać potencjalnych, albo jak kto woli przyszłych-niedoszłych tracę czas na odpowiednie skonfigurowanie profilu. Zdjęcie, ustawienia lokalizacji, opis… Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale że aż tak trudno? To miała być łatwa, szybka i tania rozrywka!

Zobacz też: Testujemy portal randkowy Sympatia.pl

wszyscy mają tindera, mam i ja

Zamiast kawy – trójkącik

3, 2, 1… Zaczynamy! Kiedy moim oczom zamiast zdjęcia największego przystojniaka w mieście ukazuje się czarny baner z rażącym po oczach czerwonym napisem „Jest nas dwóch, skorzystasz?” zaczynam się zastanawiać, co ja tutaj robię?

Krzyżyk. Oddycham z ulgą, kiedy wizja trójkąta z dwoma napalonymi samcami Alfa znika mi sprzed oczu, a następna karta pokazuje całkiem sympatycznego z twarzy (dla jasności: sympatyczny znaczy sympatyczny, nie przystojny) 30-latka z kotem.

Ptaszek. Wzdrygam się, kiedy Tinder z szybkością światła i werwą programu antywirusowego sygnalizuje, że Kris też mnie lubi! Zastanawiając się, kto wymyślił mechanizmy aplikacji, Tinder kolejny raz robi mi niespodziankę, podpowiadając, że do mojej skrzynki trafiła nowa wiadomość.

„Mówił Ci już ktoś kiedyś, że masz ładny uśmiech?” A „czy Tobie ktoś kiedyś powiedział, że masz źle dobrane okulary?” nasuwa mi się na myśl, ale odpisuje tylko, „Ty za to masz fajnego kota”. Jakkolwiek głupio nie zabrzmiałby ten komplement, nie stać mnie na nic innego (przecież mówiłam, że jest SYMPATYCZNY). Po minucie wiem, że to był bardzo (ale to bardzo) głupi pomysł, bo od razu poznaję najskrytsze sekrety z życia Puszka, łącznie z zawartością jego przewodu pokarmowego, stopniem gładkości sierści i efektami ostatniej kopulacji. Przerywając dość monotonny monolog, zagajam coś o wakacjach. Ups… Kolejny błąd. Znów jestem skazana na snucie przydługawej opowieści o podróży życia. Plus jest taki, że od czasu do czasu w historii zdarzają się bardziej interesujące momenty (niż przygody dachowca z Wieliczki) tym bardziej, że sparowany (jakim cudem?) znajomy opowiada o wyspach skandynawskich, a ja zawsze chciałam zobaczyć fiordy…

Tinder? Mam i ja

Po 15 minutach tinder-friend pyta co robię w piątek, bo właśnie jeden znajomy (czyżby?) zrezygnował z podróży i mogę lecieć do Oslo razem z nim. Kiedy grzecznie odpowiadam, że niestety, ale w weekend mam ślub przyjaciółki i nie mogę towarzyszyć mu w podróży życia, Kris szybko znajduje rozwiązanie. „Nie martw się, przywiozę Ci magnes na lodówkę! A i oczywiście dołączę do niego SIEBIE. Co Ty na to?”. Tani podryw rodem z amerykańskiego serialu przerywa naszą konwersację.

Tinder – social: match and touch

Miziając ekran smartfona, kontynuuję swój prywatny casting. Out, out, out… niczym niewzruszona stawiam kolejne krzyżyki na głowach (albo klatach) tindermanów. Kiedy kciuk płata mi figla i zamiast smyrgnięcia w lewo wywija fikołka na ekranie pojawia się fruwająca gwiazdka. Co to? Super-lajk? Cofnij! Cofnij! Jak to się nie da? NIE RÓB MI TEGO! I to jeszcze na profilu chłopaka, który z ropuchy nie zdążył się jeszcze zamienić w księcia! Kiedy na mojej skrzynce po dwóch sekundach pojawia się wiadomość „cześć piękna”, jak gdyby nigdy nic wyłączam wi-fi w telefonie i udaję, że właśnie w tym momencie przestałam istnieć…

wszyscy mają tindera, mam i ja

O swoich podbojach opowiadam przyjaciółce, która o Tinderze nie ma zielonego pojęcia. „No wiesz logujesz się przez fejsa i…” „Ty się gdzieś zalogowałaś przez fejsbooka?” – nie daje mi dokończyć. W środowisku jestem uznana za tą, która woli fejs tu fejs niż fejsbuk. „No tak” – rzucam tylko, kiedy w słuchawce słyszę „i powiedz mi jeszcze, że masz tam swoje zdjęcie”, „no mam” – odpowiadam i czuję rosnącą konsternacje po drugiej stronie słuchawki, równoznaczną ze słowami: „po***** ją?!”. Próbując wybrnąć z sytuacji, chyba tylko ją pogarszam. „Ale wiesz, tam wcale ludzie nie umawiają się od razu na seks. Poznałam Bartka, umówiliśmy się na kawę”. „Chcesz mi powiedzieć, że umówiłaś się z jakąś głową z internetu? I co to znaczy, że wcale nie na seks?!”. ZŁY RUCH, ZŁY RUCH sygnalizują moje szare komórki, a usta układają się słowa: m-u-s-z-ę k-o-ń-c-z-y-ć p-a!

Głowy z internetu, ale seks w realu

Dziś TEN dzień! Bartek-Kawa-19.00 podpowiada zielony napis w moim kalendarzu. Sama nie mogę uwierzyć, że dałam się w to wciągnąć, ale raz się żyje. Znam przecież historię ludzi, którzy poznali się w Internecie, a teraz wiodą sielskie życie męża i żony. „STOP!” – krzyczy mój mózg, o czym Ty w ogóle myślisz? „No właśnie, o czym?” – pytam sama siebie i nie mogę znaleźć żadnej logicznej odpowiedzi.

Przeczytaj też: Magic Mike live, czyli chippendales show na żywo

Bartek dzwoni… Odbieram. „Słuchaj miałem ciężki dzień, spotkajmy się u mnie”, „jednak, wolałabym kawę w centrum” odpowiadam, „no dobrze, skoro się upierasz, niech będzie” szybko kończy rozmowę.

wszyscy mają tindera, mam i ja

Tulipany, które dostałam były najmilszym zaskoczeniem tego wieczoru. Ich właściciel okazał się specjalistą od Photoshopa, bo tinder-foto wskazywało, że mam do czynienia z wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną z ładnym uśmiechem. No cóż… zgadzał się tylko uśmiech. Kawa? Może i niezła, ale przestała mi smakować, kiedy po 15 minutach rozmowy o wszystkim i o niczym usłyszałam „To co, idziemy do mnie?”.

Tinder? Do zachwytu mi daleko. Aplikacja nie pozwala określić szczegółowych upodobań (przecież nigdzie nie napisałam, że lubię koty?), od czasu do czasu się zawiesza (może ze względu na te miliony użytkowników?), a system powiadomień może wystraszyć (rodem z najlepszego antywirusa świata).

Kiepskie odczucia co jakiś czas minimalizuje ciacho, wyglądające jak sto dolarów, które klika mi lajka. Nie to, żebym była łasa na komplementy (no może trochę?). Przerażeniem jednak napawa mnie fakt, że na Tinderze spotykam więcej znajomych niż w największej hipsterowni w mieście. Kolega z liceum, instruktor z kursu tańca, przystojniak ze szkoły językowej… Gwoździem do trumny okazuje się zdjęcie ex-chłopaka i… narzeczonego koleżanki z pracy (WTF?!). Szybko zdaję sobie sprawę, że Tinder to nic innego jak mobilne-seks-studio. Nie zmienia to jednak faktu, że większa połowa społeczeństwa jest nim wciąż zachwycona, a ulubionym powiedzonkiem brzydszej części populacji stały się słowa: „Tinder? Mam i ja!”.

 


@ śledź nas na instagramie
powrót do góry